„Madison” – powiedziała, udając słodycz w głosie. „Jakie to nieoczekiwane. Nawet nie wiedziałam, że jesteś zaproszona”.
Mój ojciec, Gregory Parker, siedział obok niej.
Wyglądał na starszego, niż pamiętałam. Pięć lat by wystarczyło, pomyślałam. Jego ciemna skóra miała więcej zmarszczek wokół oczu, a siwe włosy były prawie siwe. Miał na sobie drogi granatowy garnitur i krawat – ten sam mundur, który nosił codziennie w moim dzieciństwie.
Nie uśmiechnął się do mnie.
Wpatrywał się we mnie przez zaciśnięte zęby, jakbym była plamą na jego nieskazitelnym skórzanym fotelu.
„Pani Parker została specjalnie poproszona o przybycie” – powiedział Theodore Banks zza swojego ogromnego mahoniowego biurka.
Był wysokim, szczupłym mężczyzną po sześćdziesiątce, o miłych brązowych oczach i spokojnym głosie, który jakimś cudem sprawiał, że czułam się, jakbym nie tonęła.
„Proszę, usiądź, Madison”.
Jedyne wolne krzesło było między moimi rodzicami a bratem.
Bennett Parker garbił się w fotelu, jakby był właścicielem tego miejsca. W wieku 28 lat był wierną kopią naszego ojca – drogi garnitur, drogi zegarek, kosztowne zachowanie. Jego ciemne oczy patrzyły na mnie z ledwo skrywaną odrazą.
„Najwyraźniej nadal robisz zakupy w lumpeksach” – mruknął.
Spojrzałam na swoją prostą czarną sukienkę. Była z Targetu, czysta, wyprasowana i idealna na odczytanie testamentu. Ale dla Bennetta wszystko bez markowej metki było równie niesmaczne.
Nie odpowiedziałam.
Następny